Tydzień gracza, odc. 1

Jakiś czas temu co tydzień robiłem podsumowanie w postaci wpisu w kategorii „Tydzień gracza”. Po pewnym czasie jednak ciężko było mi regularnie mieć czas na grę i w końcu jakoś tak temat „zaginął w akcji”. Postanowiłem jednak wrócić do tej „tradycji” i na koniec tygodnia podzielić się wrażeniami z gier które zagościły w napędzie mojej konsoli (bądź były wczytane z dysku).

Powrót do Ferelden

W tym tygodniu powróciłem do świata „Dragon Age: Origins” ze względu na zakup dodatku „Awakening” oraz kilku mniejszych DLC. Co prawda nie udało mi się jeszcze skończyć „Awakening”, ale momentalnie wciągnąłem „Leliana’s Song”, „The Witch Hunt” i „Darkspawn Chronicles”. Są to jednak na tyle krótkie dodatki, że rozpisywanie ich recenzji byłoby bez sensu. Każdy dodatek zajął mi średnio ok. 2 godzin, co może nie jest powalającą ilością godzin, jednak suma sumarum było to bardzo przyjemne 6 godzin.

„Darkspawn Chronicles” opowiada nam historię ostatniej bitwy z „Dragon Age: Origins” z perspektywy jednego z dowódców „mrocznych pomiotów” (aż mnie skręca od tego spolszczenia nazwy). Fabuły niestety tutaj wiele nie ma i w zasadzie jest to dodatek nakierowany stricte na walkę, ale jest on o tyle ciekawy, że walczymy również z postaciami, które były naszymi przyjaciółmi przez kilkadziesiąt godzin gry w podstawową wersję.

„Leliana’s Song” natomiast opowiada co działo się z Lelianą nim poznała naszego bohatera i dołączyła do drużyny. W przeciwieństwie do „Darkspawn Chronicles” ten dodatek posiada mocno zarysowany wątek fabularny. Historia jest zaskakująca, posiada ciekawe zwroty akcji i rzuca nowe światło na postać Leliany. Największą zaletą tego dodatku oprócz samej fabuły jest fantastyczna gra aktorska – fenomenalnie dobrane głosy i wysiłek włożony przez aktorów w swoje role tworzą głębokie postaci. Zdecydowanie warto się tym dodatkiem zainteresować (jeśli jeszcze nie mieliście okazji).

Na koniec zostawiłem sobie „The Witch Hunt”, który oparty jest o historię Morrigan. Tym razem jednak wydarzenia mają miejsce po ostatecznej walce. Niestety to chyba najsłabszy dodatek do „Dragon Age: Origins” w jaki miałem okazję pograć. W trakcie sprowadzał się on do zwykłego zbieractwa i przynoszenia, a jedyny fajny moment to walka z ostatnim przeciwnikiem, którym jest Varatell. Jak wspomniałem – DLC oparte jest o historię Morrigan, a mimo to ona sama pojawia się jedynie na koniec aby rzucić kilka pustych, nic nie wnoszących haseł. Jest to dodatek krótki i z punktu widzenia historii „Dragon Age” jako całości – nie wnoszący kompletnie nic. Zdecydowanie – tylko dla fanów.

Pile of shame – „Let’s go Bob”

Po dużej dawce RPG mam zawsze taki moment, że potrzebuję gry która totalnie nie angażuje i nie każe myśleć. Przyjrzałem się kupce gier, „w które muszę jeszcze zagrać” czyli tzw. pile of shame i postanowiłem trochę nadrobić jednak zaległości. Na pierwszy ogień poszedł „X-Men Origins: Wolverine”, przy którym spędziłem parę ładnych godzin i do którego jeszcze najwyraźniej wrócę. Szerzej na ten temat gry pisałem w recenzji, ale w skrócie – bawiłem się przednio i zdecydowanie jest to typ gry o który mi chodziło – lekka, przyjemna i totalnie niewymagająca, chociaż może nieco zbyt łatwa.

Pile of shame – „You can find me in da club”

Mam coś takiego, że często lubię zainteresować się grami, które były albo pominięte albo niedocenione. Są to gry średnie, nie wyróżniające się niczym specjalnym, bez aspiracji na hit sezonu. Ze względu na ilość takich tytułów w mojej kolekcji (a konkretnie na stosie pile of shame), po ukończeniu obecnego tytułu pewnie powstanie nowy kącik im poświęcony.

Tak więc tym razem wybór padł na „50 Cent: Blood on the Sand”, który jest typową strzelaniną z perspektywy trzeciej osoby. Pierwsze co mi przyszło do głowy to „klon Gears of War jak w mordę strzelił”, ale po chwili obcowania moje nastawienie do niej staje się coraz bardziej pozytywne. Zostało mi jeszcze ok. trzech misji do końca, więc recenzja pojawi się pewnie dopiero za kilka dni, ale gra mocno zaskakuje.

Have Faith

Na deser wspomnę jeszczę o tytule na iPhone’a – „Mirror’s Edge”, który jest chyba jedynym przypadkiem (jaki potrafię sobie przypomnieć), gdy uproszczenie graficzne gry i ograniczenie swobody gracza sprawiło że tytuł jest jeszcze lepszy od pierwowzoru. Więcej na ten temat w recenzji, ale zdarzyło mi się w tym tygodniu kilkakrotnie wracać do „Mirror’s Edge”, co w przypadku wersji na Xbox’a 360 nie zdarzyło się ani razu. Jest to jeden z lepszych tytułów w jakie okazje miałem pograć na tej małej przenośnej konsolce (z wbudowanym telefonem).

No i tyle

To byłoby na tyle w temacie mojego tygodnia. Ciekaw jestem czy uda mi się utrzymać cotygodniowe wpisy w tej kategorii, mam nadzieję że tak. A jak minął wasz tydzień pod kątem gier?

Więcej w dlc, dragon-age, leliana's-song, mirror's-edge, witch-hunt, wolverine
X-men Origins: Wolverine
X-men Origins: Wolverine – recenzja

"X-men Origins: Wolverine" leżało na kupce zwanej "pile of shame" od dłuższego czasu. Podobnie jak w przypadku "Vikinga" leżała sobie z boku, zupełnie nie rzucając się w oczy. Leżąc jednak w domu i lecząc się doszedłem do wniosku, że nie jestem w stanie strawić niczego co wymaga myślenia (choć trochę nadgryzłem Dragon Age). Wybór padł więc na "X-men Origins: Wolverine". Nie jest to nowa gra, ale czy mimo to nie jest jednak warta uwagi?

Zamknij